hej
mam 28 lat i jestem wielbicielką starych filmów, szczególnie tych z Audrey Hepburn (stąd mój nick i avatar :-))))) To moja pierwsza ciąża - zaplanowana i wymarzona.
Jesteśmy z moim mężem ponad trzy lata po ślubie, a w ogóle to 6 lat razem. Jak chyba każdy stworzyliśmy sobie nasz mały wymarzony świat, w którym brakuje jeszcze tylko naszego maleństwa.
Termin porodu mam na 2 lutego 2011 i już odliczam miesiące, tygodnie, dni :-))
Znalazłam to forum przez przypadek i jestem nim zachwycona, fajnie , ze jest tu tyle kobietek pomocnych, chętnych udzielić rady albo po prostu pocieszyć. Nie mam zbyt wielu osób, które mogłyby mi pomóc przedrzeć się przez tajniki ciąży...odkąd jestem tutaj czuję, że nie jestem sama.
Dzięki dziewczyny
no i jesteśmy po terminie :-(

nie wiem czy wy też tak macie, ale gdy zbliża się jesień i czuć już w powietrzu taki charakterystyczny zapach ziemi, porannej rosy i wieczorny chłód ja sama też zmieniam się jakby dostosowując się do pory roku..staję się bardziej refleksyjna i choć słoneczne dni jeszcze nas nie opuszczają to czuję taki dziwny ucisk w serduchu...sama nie wiem co to jest...jakiś taki dziwny lęk, obawy przed czymś czego nie potrafię okreslić. Przede mną trudne dni..nowa praca, nowe życie zostawiam za sobą ludzi, z którymi bardzo sie związałam i mam nadzieję, ze uda mi się podtrzymać to, co cenię sobie najbardziej czyli kontakt - jednocześnie wierzę, ze w nowym środowisku odnajdę swoje miejsce i że spełnię te swoje marzenia i nie zawiodę się tak jak to było w tej pracy. Moja Tosiunia chyba czuje nadchodzące zmiany , bo sama jest troszkę niespokojna, obserwuje wszystko to, co dookoła niej sie znajduje i dzieje - a przy tym chce wszystkiego spróbować i wszędzie być :-) ten jej uśmiech jak wracam z pracy jest bezcenny i ten nasz ziąbek-słodziak.Chciałam wam dziś polecić książkę , która była dla mnie dużym zaskoczeniem - zwykle nie ulegam wpływom otoczenia, ale i nie wydaję sądów dopóki sama czegoś nie sprawdzę i tak było i tym razem. poprosiłam koleżankę (jeszcze jak byłam w ciaży), żeby przyniosła mi coś do poczytania , bo moja biblioteczka na zwolnieniu kurczyła się w zastraszającym tempie - a ona pewnego dnia podrzucila mi - proszę się nie śmiać - ZMIERZCH S. Meyer. Oczywiście trudno było nie słyszeć o tym tytule (szczególnie po premierze filmu) więc moje nastawienie bylo raczej negatywne, ale postanowiłam dać szansę wampirom i powiem szczerze, ze nie żałuję. Nie będę wam opisywać co i jak, o czym jest ta książka itd itd chcę napisać dlaczego zwróciła moją uwagę...dlaczego?? chyba brakowało mi ostatnio czegoś poprostu romantycznego, prostego o miłości, która jest trudna(a która nie jest?)ale taka czysta, skoncentrowana na uczuciu i odczuwaniu a nie tylko na tzw. cielesności wypranej z jakiejkolwiek mgiełki tajemniczości, sekretu...chyba udało się Pani Meyer trafić w sedno, odkryć prawdę, banał o którym wszyscy wiedzą ale nie mówią...brakuje nam rycerzy - mężczyzn , którzy zatracają się w swoich kobietach, kochają , bo potrafią kochać i o tym mówić, ich miłość jest celem samym w sobie a nie dodatkiem do życia, które prowadzą, myślę, że szczęśliwe są kobiety, które zakochują się w takich facetach i potrafią ich w sobie rozkochać - bo to już jest na zawsze...w moim najbliższym otoczeniu brakuje tego 'na zawsze' wszystko jest takie ulotne, na chwilę, tymczasowe, brakuje przywiązania i wierności...nie wiem czy słusznie , ale ja czytając te powieść odnalazłam cząstki tych wartości, możecie się ze mną nie zgodzić, proszę o wasze opinie, nie zrozumcie mnie źle - nie reklamuję tej książki - reklamuję miłość i wierność,
dobranoc
|
|